Człowiek Organizacja

Takich trzech jak nas dwóch…

W połowie 2015 roku pomysł OSHEE World Expedition stawał się rzeczywistością. Miałem już gotową koncepcję wyprawy i zarys trasy oraz pomysł, jak to wszystko poskładać. Rozpocząłem też poszukiwania jachtu, który mógłby zapewnić realizację moich planów. Pozostawał jeden, drobny problem – trzeba było znaleźć załogę…

Zatopione wraki

W maju z grupą nurkowych znajomych trafiłem na uroczą, chorwacką wysepkę Vis. Wyjazd organizowany był przez Czarka Abramowskiego z Deep Explorers. Mieliśmy odwiedzić nową bazę, wybudowaną pod okiem jego dobrego kolegi. W planach zaś było mnóstwo ciekawych nurkowań wrakowych w zakresie 50-75 metrów.

Gwoździem programu miała być eksploracja leżącego na 72 metrach wraku amerykańskiego ciężkiego bombowca B-17.

Takich trzech jak nas dwóch B-17
Takich trzech jak nas dwóch B-17
Takich trzech jak nas dwóch B-17

Trasa minęła właściwie bez problemów i prosto z promu udaliśmy się do bazy nurkowej, gdzie też mieliśmy kwatery. Chyba jedynym godnym zapamiętania epizodem było to, że tuż przed bazą omal nie rozjechał mnie jakiś szaleniec na żółtym Suzuki, przemykając w tym samym co my kierunku.

Grzeczności i kurtuazje

Takich trzech jak nas dwóch MarcinPierwszy dwa dni upłynęły dość typowo – powoli poznawaliśmy akweny nurkowe, obsługę bazy i urocze lokalne winiarnie. W jednej z nich późnym wieczorem spotkaliśmy Czarka, prowadzącego wylewną rozmowę z nieznajomym, który ówcześnie wydawał się być nie mniej wylewny. Tak poznałem Marcina, wspomnianego kolegę Czarka, który odpowiadał za techniczne powstanie bazy. Przybiliśmy piątki, krótka rozmowa i rozeszliśmy się spać, bo przed nami był trudny nurkowo dzień.

Ku mojemu przerażeniu nasz rozmówca, który już jutro miał odpowiadać za nasze życie, zwinnie wskoczył na znajome żółte Suzuki i z piskiem opon zniknął w chmurze dymu.

Suszyć, skruszyć, zmierzyć, zważyć…

Z tym życiem to nie jest tylko efektowna figura retoryczna.

Nurkowania na ponad 50 metrów muszą odbywać się na precyzyjnie wykonanych mieszankach gazów. Na takich głębokościach powietrze jest właściwie wykluczone. Azot powoduje zbyt silny efekt narkotyczny, a tlen staje się… toksyczny.

A my przecież mieliśmy nurkować o połowę głębiej!

Co gorsza, po fazie najgłębszego zanurzenia trzeba wypłukać z siebie nadmiar gazów obojętnych. W przeciwnym wypadku rozprężając się, rozerwą one od wewnątrz nasze płuca i tkanki. Trzeba zatem wynurzać się niezwykle powoli. W moim wypadu samo wynurzenie miało trwać ponad godzinę, z kilku lub kilkunastominutowymi przystankami rozmieszczonymi co 3 metry głębokości. W dodatku również wtedy trzeba kilkukrotnie zmieniać mieszanki gazów oddechowych, przełączając się na kolejne butle.

Takich trzech jak nas dwóch B-17
Takich trzech jak nas dwóch B-17

Wszystkie mieszanki gazów były natomiast wykonywane pod nadzorem właśnie… Marcina!

Zatopiona forteca

Mój plan nurkowy przewidywał cztery butle z różnymi gazami. Dało mi to możliwość wydłużenia fazy dennej, która była najdłuższa z całego zespołu. Miałem zanurzyć się jako pierwszy i wynurzyć jako ostatni. Na samym wraku miałem spędzić nieco ponad 20 minut.

Boeing B-17 Flying Fortress (Latająca Forteca) to amerykański ciężki samolot bombowy dalekiego zasięgu. Dziesięcioosobowa załoga, ponad trzydziestometrowa rozpiętość skrzydeł i cztery silniki o mocy prawie 5.000 KM dają obraz tego absolutnego olbrzyma.

Takich trzech jak nas dwóch B-17

Takich trzech jak nas dwóch B-17

Po szybkiej kontroli sprzętu w wodzie, rozpocząłem zanurzenie. Cała droga w dół odbywała się jakby w stanie nieważkości. Na głębokości prawie 50 metrów zauważyłem pod sobą majaczący zarys wraku, na który sfrunąłem z góry kolejne 25 metrów niczym drapieżny ptak atakujący swoją ofiarę.

Wokół absolutna cisza, żadnych ludzi ani świateł. Mam zaledwie kilka minut sam na sam z tą zatopioną kapsułą czasu, która wydaje się zakrzywiać czasoprzestrzeń. Przed oczami widzę sceny sprzed ponad 60 lat, gdy rozgrywał się tu dramat. Dzięki łagodnemu wodowaniu oraz ogromnej powierzchni skrzydeł (prawie 150 m2!) B-17 tonął bardzo powoli. Jego wrak, nawet po tylu latach, jest w stanie wręcz idealnym…

Takich trzech jak nas dwóch B-17
Takich trzech jak nas dwóch B-17
Takich trzech jak nas dwóch B-17

Dołącza do mnie reszta zespołu. Czar pryska, zaczęła się „zwykła” zespołowa eksploracja. Potem jeszcze nieco ponad godzina wsłuchiwania się w każdy swój oddech i kłąb myśli w głowie.

Przecież sprawdziłem gazy przed nurkowanie dwa razy – wszystko musi być OK.

Przecież nie jesteś w stanie wykryć wszystkich zanieczyszczeń – odpowiadało echo…

… to nie ma (póki co) ani jednego!

Wieczorem, nad miską dymiących, różnokolorowych owoców morza, kontynuowaliśmy wylewne rozmowy. Znaliśmy się z Marcinem już dwa dni, na B-17 nie było problemów, a wszystkie moje obawy okazały się być płonne. W tej oto atmosferze doskonałym, wręcz naturalnym pomysłem wydało mi się zaproponowanie wspólnej, czteroletniej ekspedycji dookoła świata w malutkim jachcie. Brzmi sensownie, prawda?

O dziwo, Marcin potraktował mnie poważnie.

Wymieniliśmy się telefonami. Następny raz mieliśmy się widzieć dopiero pod koniec roku, kiedy ja już powinienem mieć jacht, a Marcin akurat wróci z Vis. Byłem dziwnie spokojny, że to spotkanie faktycznie się wydarzy i główny zręb załogi został znaleziony.

Takich trzech jak nas dwóch Vis

Takich trzech jak nas dwóch Vis

Być może on też już wtedy intuicyjnie czuł, że zespołu nie buduje się tylko na podobieństwach. Widziałem mnóstwo świetnych projektów, w których ich organizatorzy nie umieli oprzeć się pokusie, żeby dobrać sobie kompanów podobnych sobie, dla których będą niepodlegającą krytyce wyrocznią. Nie muszę dodawać, iż w ogromnej części kończyły się one spektakularną klęską.

Ja myślę o tym dokładnie odwrotnie.

Szukałem ludzi innych od siebie, których temperament i kompetencje są raczej uzupełnieniem, a nie zdublowaniem moich. Jeśli są tematy, w których posiadają większą wiedzę ode mnie, to znaczy tylko, że załoga będzie mocniejsza. Zresztą co ja sam wyniosę z wyprawy, jeśli niczego się podczas niej nie nauczę? Być może to zaufanie do pracy zespołowej wyniosłem ze szkoły sportowej; może był to wpływ wspaniałych, mądrych ludzi, których spotkałem na swojej drodze. Nie ma to chyba znaczenia.

Oczywiście wiele osób powie, że przewodzenie takiemu zespołowi to naprawdę duże wyzwanie.

Lubię wyzwania.

Może Ci się także spodobać...

Brak komentarzy

Napisz komentarz