Inne Przygotowania Żagle

Kłopotów Sigandora ciąg dalszy

Pierwsza część podróży Sigandora do portu macierzystego obfitowała w mnóstwo przygód. Trzydziestometrowy żaglowiec bez żagli, ale za to z szotem wkręconym w śrubę, przy wietrze przekraczającym 30 węzłów. Do tego ledwie cztery pary rąk na pokładzie, zalanym wodą i… pianą z uszkodzonej gaśnicy. Czy ciąg dalszy rejsu przebiegnie już bez przeszkód?

Kłopoty w Kołobrzegu

Z wolna mija noc, w czasie której podjęta została decyzja o wejściu do portu w Kołobrzegu po wschodzie słońca. Wreszcie świta. Wszyscy są solidnie zmęczeni, a fale są niezmienne – konkretne i prosto w główki. Mając świadomość, że w każdej chwili możemy stracić napęd, Kapitan rozpoczyna manewr, nieomal serfując długim na ponad 30 metrów szkunerem, chwilami wydawałoby się tracąc sterowność. Jako że sterowanie odbywa się na zewnątrz nadbudówki, na rufie, z naszej perspektywy bukszpryt raz jest na lewo, a raz na prawo od główek.

Momenty, gdy płyniemy wprost między główki, wydają się być ledwie krótkimi sekundami…

W kluczowym momencie duża fala na wypłyceniu stawia nas pod kątem 45 stopni od kursu – idealnie w główkach. Wjeżdżamy nieomal bokiem, a Rike po niemiecku krzyczy do mnie, czerwony z wysiłku przy kole. Nie wiedziałem, że mówię po niemiecku, bo natychmiast wykonałem polecenie i siłujemy się ze sterem razem, żeby podjąć próbę uratowania sytuacji. Udaje się to o włos. Bukszpryt był już nad falochronem – gdyby ktoś tam stał, to by został trafiony. Ale kto o zdrowych zmysłach o piątej rano przy siódemce stoi na falochronie?

Wreszcie spokojna woda. Szukamy miejsca i jest – gościnnie, w porozumieniu z kapitanatem, zajmujemy keję Akademii.

Sigandor ciąg dalszyLizanie ran

Rozpoczynamy proces odgruzowywania. Kamera na bosaku do wody i oglądamy co tam się porobiło. Telefon do Błażeja, żeby zabrał ze sobą graty do nurkowania, bo nie damy rady inaczej wyplątać liny. Błażej, razem z kolegą, zdecydowali się wcześniej dołączyć do nas na dalszą część rejsu po tym, jak zdecydowaliśmy o postoju w Kołobrzegu.

Przyjechali. Błażej do razu zakłada szpej nurkowy i plum. Kilkanaście minut pod wodą i lina została usunięta. Możemy zabrać się za ształowanie i poprawne przygotowanie drugiej części rejsu. Pośpiech nie opłacił się zdecydowanie. Cenna to wskazówka na przyszłość. Niestety czekamy w porcie na okno pogodowe. Resztę dnia przesypiamy; noc również.

Sigandor ciąg dalszy
Sigandor ciąg dalszy
Sigandor ciąg dalszy

Znów na morzu

Z samego rana, 9 lipca, ruszamy w dalszą drogę do Niemiec. Przeciskamy się kanałem pod mostem w Stralsund, bo za mocno wieje na opływanie Rugii. Cały czas wieje od dziobu. Przeskakujemy przez otwarte morze w cieśniny duńskie, żeby uniknąć wzburzonego morza. Będzie trochę na około, ale i tak szybciej niż całkowicie pod falę. No i tak upływają nam kolejne godziny w przepięknych, malowniczych i wąskich kanałach. Po zmierzchu mamy fantastyczną praktykę w klasycznej locji i nawigacji. Trochę z przymusu – Rike wyposażył jacht podle swoich spartańskich upodobań, a w większości dla przyjemności. Nad ranem, w małym porcie, robimy postój na spanie.

Rejs niestety znowu przedłuża się z powodu zbyt silnego wiatru – po problemach ze śrubą, a następnie prawie dobowym oczekiwaniu na okienko pogodowe w Kołobrzegu, teraz musieliśmy wybrać bezpieczną trasę na około. W efekcie Błażeja wzywają obowiązki firmowe, więc pakuje mandżur i wracają karkołomnymi połączeniami do Polski. My ruszamy dalej, znowu we czwórkę.

Sigandor ciąg dalszy

Sigandor ciąg dalszy

Nie mów hop…

W jednym z przesmyków nadchodzi ściana deszczu. Pełno zakrętów i widoczność na jedną długość Sigandora. Oczywiście moja wachta. Na ramieniu mam telefon z mapą w wodoodpornym etui, który – jak się okazało – jest jedynym “używalnym” GPS na jednostce. Należy tu nadmienić, że Rike preferuje nawigację zgodną z wiekiem statku – tylko mapy, jak za czasów Titanica. Jest wprawdzie jeden ploter w sterówce, ale poza wzrokiem sternika, więc raczej tylko do okresowej weryfikacji pozycji. Zresztą na wszelki wypadek jest wyłączony, bo jest mały problem z ładowaniem i akumulatory są prawie puste. Jadę więc na kropeczki w swoim telefonie…

Wiatr w twarz utrzymał się już do końca rejsu, zatem cały rejs odbył się na dieselgrocie. Piękne widoki, poszarpane wiatrem morze i chmury – tak będę pamiętał ten rejs z atrakcjami. Dopływając do Eckernforde, witają nas morświny i miejscowe łodzie podwodne, które tam stacjonują. Jest tam również Lote – dziewczyna Rike. Idziemy w koje odespać, bo nazajutrz seria atrakcji, z zakrapianą kolacyjką w knajpie. Następny dzień to już czas powrotu do Polski. Wsiadamy z Adamem w pierwszy wspólny pociąg, a podczas przesiadki rozdzielamy się. Jak się okazało, Adam wrócił  na sezon na Sigendora i pływał jako załogant podczas rejsów organizowanych przez Rike. Ja pewnie jeszcze wrócę, żeby wreszcie popływać tym cudeńkiem na żaglach…

Może Ci się także spodobać...

Brak komentarzy

Napisz komentarz