Afryka Żagle

Psychoza

Po półtora miesiąca na Wyspach Kanaryjskich i po ponad miesiącu od oddania generatora do naprawy, znaleźliśmy się z powrotem w punkcie wyjścia. Serwis oszukał nad i nie wykonał swojej roboty, natomiast tygodnie mijały, a nam coraz szybciej uciekała perspektywa zdążenia na antarktyczne lato na półkuli północnej. Sytuacja była naprawdę nieciekawa.

Generator

Po ponad miesiącu zwodzenia i nawet nie rozpoczęciu naprawy naszego generatora, nasza decyzja o ewentualnej dalszej współpracy z serwisem mogła być tylko jedna – zabieramy generator z powrotem na pokład i szukamy innego mechanika. Oczywiście nie obyło się bez problemów – na odbiór generatora umawialiśmy się trzy razy („nie wiemy, gdzie są części”, „szef wziął wolne”, „nie ma mechanika”, itd.), a na koniec okazało się, że do zapłacenia jest jeszcze faktura za dotychczasowe „prace” i „wycenę”. Szczyt lenistwa, oszustwa i bezczelności!

Ponieważ w promieniu ponad 1.000 mil morskich nie było żadnego innego autoryzowanego serwisu naszego generatora, zdecydowaliśmy się poszukać przez naszych lokalnych znajomych rekomendowanych mechaników, którzy powinni uporać się ze sprawną naprawą stosukowo prostego silnika spalinowego. W ciągu jednej doby mieliśmy 3 obiecujące kontakty, z których wybraliśmy Maćka – Polaka mieszkającego przy dobrze nam znanej Amarilla Marina.

We wtorek, 30 października, po półtorej doby żeglugi, byliśmy z powrotem na Teneryfie w San Miguel. Z Maćkiem udało nam się spotkać cztery dni później. Szybka, fachowa ocena stanu generatora, wykonana „od ręki” na pomoście, podniosła nas na duchu. Potrzebowaliśmy kilkunastu niezbyt drogich części zamiennych, a – po ich dostarczeniu – naprawa miała trwać około 5 dni roboczych. Wszystko brzmiało pięknie. Do warsztatu Maćka generator dostarczyliśmy w połowie kolejnego tygodnia, równocześnie próbując ustalić dokładny numer seryjny i podmodel silnika napędzającego nasz generator, żeby zamówić właściwe części zamienne. Na koniec tygodnia wszystko było zamówione i opłacone. Żeby przyspieszyć naprawę, zdecydowaliśmy osobiście odebrać części w Polsce i dowieźć je z powrotem samolotem na Teneryfę, przy okazji załatwiając kilka organizacyjnych spraw rejsowych w kraju oraz kupując części zamienne do innych napraw. Nie dość, że to rozwiązanie było szybsze, to jeszcze bilety lotnicze w dwie strony były tańsze niż przesyłka kurierska! Na sam koniec listopada części ostatecznie dotarły do Maćka. Generator miał być gotowy w ciągu kilku najbliższych dni.

Afryka czy Karaiby

Nasze pierwotne plany zakładały krótki, nieco ponadtygodniowy pobyt na Wyspach Kanaryjskich, by później, jeszcze we wrześniu, wrócić na Czarny Ląd i następnie zwiedzić Saharę Zachodnią, Mauretanię, Senegal i Gambię. Stamtąd mieliśmy udać się na Wyspy Zielonego Przylądka, skąd przez Ocean Atlantycki mieliśmy dotrzeć do Brazylii, wzdłuż wybrzeży której mieliśmy dotrzeć do Urugwaju, Argentyny i Chile, by w środku antarktycznego lata – styczniu i lutym 2019 roku, opłynąć Horn i dotrzeć na Antarktykę. Późniejsze przejście Hornu jest bowiem nie tylko znacznie mniej bezpieczne, ale stawia pod znakiem zapytania również możliwość sprawnego wykonania segmentu rejsu na południowym Pacyfiku. Niestety rzeczywistość związana z naprawą generatora brutalnie zweryfikowała nasze plany.

Jako pierwszą musieliśmy poświęcić Afrykę. Planowane trzy tygodnie serwisu na Gran Canarii powodowało, że – aby utrzymać południowoamerykański i antarktyczny harmonogram – musieliśmy „odpuścić” Saharę Zachodnią i Mauretanię. Kiedy po pięciu tygodniach dowiedzieliśmy się, że serwis w Las Palmas nas ordynarnie oszukał, zrozumieliśmy że podobny los podzieli Senegal i Gambia. Mieliśmy zatem z Kanarów płynąć na Cabo Verde i do Brazylii. Po dziesięciu tygodniach na Kanarach, kiedy dopiero udało nam się odebrać części zamienne, a jeszcze przed zakończeniem naprawy, wiedzieliśmy że problemy będą nawet z Hornem i Antarktyką.

Mieliśmy dwa rozwiązania. Ominąć Wyspy Zielonego Przylądka, ekspresowo przebyć Brazylię i Argentynę, by okrążyć Horn i – nie odwiedzając Antarktyki – ruszyć z powrotem zachodnim wybrzeżem Ameryki Południowej na północ – do Santiago de Chile, skąd wyruszając na Pacyfik moglibyśmy utrzymać dotychczasowy harmonogram. Minusy były jasne – rezygnacja z Afryki i Antarktyki oraz maksymalnie może 10 dni spędzone w Brazylii i Argentynie. Brzmiało to fatalnie.

Drugie rozwiązanie zakładało rejs na Cabo Verde, skąd przeprawilibyśmy się przez Atlantyk nie do Brazylii, a na Karaiby. W basenie Morza Karaibskiego i Zatoki Meksykańskiej spędzilibyśmy 5 miesięcy, korzystając z optymalnego sezonu. Następnie spokojnie zaczęlibyśmy spływać wschodnim wybrzeżem Ameryki Południowej w kierunku Hornu i Antarktyki, które odwiedzilibyśmy dokładnie rok później – w styczniu i lutym 2020 roku. Dodatkowym plusem tego rozwiązania był fakt, że mogliśmy dzięki temu spokojnie „uciąć” planowane na sam koniec wyprawy dwa dodatkowe przejścia przez Atlantyk – z Afryki na Karaiby i z Karaibów do Europy oraz zwiedzanie Karaibów, co pozwoliłoby utrzymać niezmienną długość trwania całej wyprawy. Dodatkowo, płynąc z południowej Afryki do Europy wzdłuż wybrzeży Afryki, moglibyśmy zwiedzić „zaległe” Gambię, Senegal, Mauretanię i Saharę Zachodnią.

Wybór nie był łatwy emocjonalnie, mimo że racjonalnie wydawał się dość prosty. Cóż, zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia. 2019 rok mieliśmy przywitać w drodze nie do Ameryki Południowej, lecz na Karaiby. Mogło być gorzej, prawda?

San Miguel de Tenerife

Cały październik spędziliśmy w Amarilla Marina w San Miguel. Bezpośrednio z Wysp Kanaryjskich mieliśmy płynąć na Ocean Atlantycki z założeniem jego przemierzenia na Karaiby, co powinno zająć nam przynajmniej 3 tygodnie. Dlatego chętnie korzystaliśmy z infrastruktury portowej, większość czasu spędzając na drobnych naprawach, konserwacji i optymalizacji wyposażenia oraz przygotowaniu się do wielotygodniowej żeglugi. Oczywiście nie zapominaliśmy o odpoczynku – nurkowanie, SUPy, kajaki, rowery czy po prostu spacery towarzyszyły nam co drugi lub trzeci dzień. Jednak z każdym dniem łatwo było wyczuć coraz większe znużenie kanaryjską rzeczywistością i coraz bliższym karaibskim marzeniem.

Przebieg ekspedycji można śledzić na bieżąco na naszym Facebooku, Instagramie i Twitterze.

Może Ci się także spodobać...

Brak komentarzy

Napisz komentarz