Inne Przygotowania

Coś się kończy, coś się zaczyna

Stan wojenny, okolice Warszawy. Mały smyk, brzdąc zaledwie – w trybach komunistycznej machiny. Jeszcze nie wie nawet, co się wokół niego dzieje. Minęły może cztery dni – długie, ciężkie dni. Jedno, co rozumiał, to że te cztery dni były trudniejsze chyba nawet dla nich, niż dla niego. Widział ich nerwowe reakcje – gwałtowne, pełne niepewności ruchy. Głośne trzaśnięcie drzwiami, niczym wystrzał karabinu, wdarło się do jego uszu. I wybrzmiały te słowa – nieznoszące sprzeciwu słowa. To one sprawiły że zrozumiał, że to już koniec…

In memoriam

Pamięć lubi płatać figle. Tak właśnie pamiętam scenę, gdy pilnie wezwany Dziadek komunikował mi, że…

… po czterech dniach zostałem wyrzucony z przedszkola.

Czułem się tam dobrze – prawdopodobnie aż za dobrze. Zapewne stąd wzięły się te wszystkie problemy. Jednak nie umiałem być wystarczająco smutny. Podskórnie czułem, że będę spędzać z Dziadkiem jeszcze więcej czasu.

Dziadek, mimo że dużo opowiadał, zawsze był dla mnie pełen tajemnic. Czasem przez przypadek trafiałem na szufladę rodzinnych medali wojennych i wtedy przypominały mi się jego wojenne blizny. Innym razem trafiało do mnie, że zbieżność miejsca jego pracy jako wykładowca, miejsca studiów Babci i narodzin Taty jest niezupełnie przypadkowa. Zawsze jednak opowieści te pełne były przygód, nauki, galanterii i honoru.

Coś się kończy, coś się zaczyna

Nie miało żadnego znaczenia, co konkretnie robiliśmy. Każdy moment z nim wspominam dziś jako odkrywczą, inspirującą podróż. Budowa jachtów z foteli na podłodze u niego w mieszkaniu i zwiedzanie odległych krain, poznając fascynujących naukowców i podróżników. Zbijanie ogrodzeń i wieży strażniczej na działce w Głoskowie, by chronić znajdującą się w środku Rodzinę. Wyprawy na pola i do lasów, gdzie śledziliśmy zwierzęta i poznawałem rośliny. Do dziś pamiętam swoje niedowierzanie, gdy po zakopaniu na krawędzi lasu żołędzi, w tym samym miejscu rok później znalazłem wijące się pędy dębu.

Nie widziałem Dziadka, kiedy umierał. Już w szpitalu, z mężem mojej cioci, rodowitym Francuzem, rozmawiał w języku Vernego i Dumasa, używanym wyłącznie za młodu. Widziałem za to jego pogrzeb, z tłumem jego uczniów, studentów, kompanów i przyjaciół ciągnącym się po mój – ówcześnie nawet nie dziesięcioletni – horyzont. Jednak wtedy ziarno było już zasiane…

Sekrety terroir

Francuzi nazywają to terroir. Mikroklimat, splot wszystkich uwarunkowań – nie tylko czysto fizycznych, które determinują charakter plonów z danego terenu.

Dlaczego to robisz? Skąd pomysł na taką wyprawę?

Terroir.

Ziarno, które za młodu zasiał Dziadek, jakkolwiek najważniejsze, mogło w ciągu tych lat po prostu umrzeć. Jednak klimat, w którym dalej rosłem sprawiał, że ono rosło i dojrzewało wraz ze mną.

Pamiętam moje rozterki nad książką, czy będę dzielnym Smugą, rubasznym bosmanem Nowickim czy młodym Tomkiem Wilmowskim. Senior Wilmowski, do którego dziś mi najbliżej, wtedy zdawał się być przeraźliwie nudny. Z podziwem śledziłem nieprawdopodobne losy fascynującego kapitana Nemo oraz wyjątkowych podróżników i naukowców, z którymi los skrzyżował jego drogi na Nautilusie i tajemniczej wyspie. Nie mogłem oderwać się od przygód i sprytu pirata-dżentelmena i człowieka honoru – kapitana Blooda.

Coś się kończy, coś się zaczyna - Tomek w krainie kangurów
Coś się kończy, coś się zaczyna - 20000 mil podmorskiej żeglugi
Coś się kończy, coś się zaczyna - Kapitan Blood

Szkoła sportowa, eksperymentalne matematyczne liceum i humanistyczne studia, z bogactwem wspaniałych koleżanek i kolegów, z których każdy był ode mnie w czymś lepszy, dały kolejną porcję pokarmu, by pęd, który wyrósł z ziarna, wreszcie przebił powierzchnię ziemi i zakiełkował.

I tu, niczym oślepiony blaskiem słońca, zacząłem kręcić się w koło. Wprawdzie podróżowałem i uprawiałem sporty ekstremalne, ale zaraz wciągnął mnie biznes i polityka. Pasje przygasły, a dni stały się coraz dłuższe. Zająłem się sobą.

 

Nie byłem w tym odosobniony, o nie! Ale marne to przecież wytłumaczenie. Nie mogę jednak zapomnieć, że to właśnie tam poznałem najlepszych przyjaciół i osoby, bez których ta ekspedycja być może w ogóle by nie powstała. Śledząc nasz rejs, obejrzyjcie “Dobry rok”. Tam moje myśli oddane są znacznie bardziej malowniczo. Nie dajcie się tylko wystraszyć zwiastunowi – naprawdę warto!

Między ustami, a brzegiem pucharu…

Pamięć lubi płatać figle. Nie wiem, ile jest w tej opowieści autosugestii, a ile prawdy. Faktem jednak jest, że dla nas ekspedycja OSHEE World Expedition już się rozpoczęła. Od wypłynięcia dzielą nas ledwie krótkie miesiące. Właściwie wszystkie decyzje już zapadły.

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach.

Wystartować mieliśmy już rok wcześniej. Nie udało się. Dziś jednak jest w nas więcej pewności, ale i więcej pokory. Spodziewamy się niespodziewanego – to najwięcej, co można z góry przewidzieć podczas takiej wyprawy. Jesteśmy dużo lepiej przygotowani, tak jak i nasz OSHEE.

Przed nami pięć oceanów i siedem kontynentów; dziesiątki portów, setki nauk i kultur, tysiące ludzi, dni i przygód oraz dziesiątki tysięcy mil morskich. Mam nadzieję, że wiele z tych chwil spędzimy wspólnie z tymi, dla których i dzięki którym wyruszymy. Niedługo zbiorę plon i razem się nim podzielimy.

Dziękuję, Dziadku.

Może Ci się także spodobać...

Brak komentarzy

Napisz komentarz